Bardzo często jest tak, ze jak wszystko jest z nami w porządku to mamy te bliskie osoby. Gorzej jeżeli coś zaczyna się dziać. Chce to wyjaśnić na dwóch przykładach, dla mnie bardzo znaczących.
Oni małżeństwo od prawie 40 lat, bez dzietni z powodu nie zaleznego od nich. Ona emerytowana nauczycielka, zawsze pomocna kobieta. On dobrze ułożony, czasem lubił sobie popić. Poszedł zrobić zwykłe wyniki krwi. Nikt nie sądził, że to zatrzyma go w szpitalu. Okazało się, że ma raka. Szpital w pobliżu oglosił się, ze nie mają specjalnych sprzętów do leczenia tego przypadku. Został on przewieziony do Szpitala oddalonego o 500km , jego żona razem z nim. To było poł roku męczenie się. On dowiedział się, że już nie ma szansy, że kiedykolwiek będzie mógł jeszcze jeść. Dostawal tylko i wyłącznie pokarm dożylnie. Byl to okres świąt Bożonarodzeniowych, czyli pełno jedzenia i radości. Jego marzeniem przed śmiercią było wrócić do domu. Był to człowiek niezmiernie zadbany i dbał o perfekcyjny porządek. Ona dnień w dzień przy jego łózku, patrząc jak ktoś z kim spędziła 3/4 życia słabnie i chudnie w oczach. Mieszkała w hotelu, który nie wspominając też troche kosztował. NIkt do niego nie zadzwonił, nie zapytał jak sie trzyma. Koledzy odwrócili się, nie było nikogo, a przecież on dla wszystkich życie by poświęcił. Po pół roku wrócili do domu. Dalej nikt go nie odwiedził, pewnie wszyscy byli by zaskoczeni, ze ktos tak moze sie zmienić. A gdzie są ci przyjaciele, którzy mieli być na zawsze? Już nie był tym samym człowiekiem, nie potrafił cieszyć sie z tych chwil, nie chciał żeby to sie tak skończyło, nie dopuszczał do siebie myśli, że to ma sie już kończyć. Po 3 tygodniach zmarł. Na pogrzebie pełno ludzi, tylko dlaczego prawie nikt z nich nie przyszedł wcześniej? Dlaczego prawie nikt z nich nie przyszedł chociażby zamienić paru słów? Przecież by sie nie zarazili... Niby pieniądze szczęścia nie dają, ale w tym przypadku bardzo to sie przydało. Bez tego nie wiadomo czy by sie to potoczyło tak samo.
Drugi przykład to coś troszke innego, mianowicie :
Nie za bogata rodzina z trójką dzieci. On ze schizofrenią zamknięty w specjalnym ośrodku, z paroma próbami samobójczymi, ona sama w domu z dziećmi, które ciągle pytają kiedy wróci tato. Całą rodzina sie odwrócila. Nikt nie zadzwonił, nie zapytał czy chociażby jej pomóc,czy nie jest jej ciężko.Odwiedzała go codziennie. Wrócił do domu, strasznie się tego obawiała, bo z jego chorobą jest to niebezpieczne. Przyszły święta, rodzina mieszkająca praktycznie za płotem nawet jej nie odwiedziła. Siedziała w tym domu sama z dziećmi patrząc w sufit. To niesamowicie trudne patrzeć jak ukochana osoba nie daje sobie rady sam ze sobą. A najgorsze jest to, ze nie można pomóc. Dla mnie pełne podziwu jest to, że ona była i jest z nim cały czas. Mimo to, że wszyscy sie odwrócili, że została z tym sama to dała rade. I to jest ta prawdziwa miłość. To co jest tak piękne :)
Chodzi o to, że ludzie sie boją. Boją sie tej odpowiedzialności, tego co zrobić jak na ich oczach coś sie stanie, boją sie jak mają rozmawiać z takimi ludźmi. Ale co w tym trudnego? Są dalej tacy sami i wciąż mają uczucia. Chociażby podejść i pogadać jak dotąd. Takie niby "nic" może bardzo pomóc.
Może ta notka będę troche nudna, ale dla mnie taki przekaz jest bardziej jasny niż jakieś teorie.Jest tu dużo przekazanych rzeczy, które może wyszły przypadkiem, ale mam nadzieje, ze przydatne. Dziękuje, jeżeli ktoś przeczytał i zapraszam do komentowania, i śledzenia bloga :)
Dobranoc!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz